Powróciłam do pracy po zaledwie dwóch dniach urlopu i po długi weekendzie, a wszyscy się nade mną rozpływali, że ładnie wyglądam, że schudłam, że buźkę taką malutką dostałam. Cieszę się, choć ja tego nie widzę.
***
W pokoju mam nowego kolegę M. Do tej pory siedział w pokoju obok, ale tam jest mało miejsca więc przyszedł do nas. Nie jest nawet taki zły. Co prawda mówi tonem z innej epoki niczym Edward Cullen, używa czysto prawniczego języka i na odległość czuć, że jest wykształcony. Ale nie irytuje mnie, choć myślałam, że tak będzie. I tak ładnie się do mnie zwraca... Nawet zaoferował, że jak jest mi zimno (a było, bo w naszym pokoju zawsze jest zimno), to on służy przytuleniem i na pewno mnie rozgrzeje. Niby w żartach, ale wyczuwam jakieś nieśmiałe zaloty. Pani A. też to zauważyła i stwierdziła, że pasowalibyśmy do siebie. Ja póki co jestem ostrożna. Po pierwsze mam złe wspomnienia jeśli chodzi o lokowanie uczuć w pracy do kolegi o tym samym imieniu co M. Dodatkowo ten M. najprawdopodobniej zna tamtego M. Nie wierzę w to, że taki koleś mógłby się mną zainteresować na poważnie, bo mam w domu lustro i wiem jak wyglądam. A poza tym oddałabym wszystko by to P. coś do nie poczuł, albo żeby było tak jak kiedyś, zanim wrócił do S. Więc póki co M. nie jestem zainteresowana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz